Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2016

Krymska majówka - końcówka. Bałakława, Bakczysaraj i do domu patataj

Czas domknąć pętlę, którą wraz z Cyrusem zataczaliśmy swego czasu na Krymie. Krymie, który należał jeszcze do innego, bardziej naszego świata, choć na własnych zasadach. Dziś niewiele z tamtego Krymu zostało, a jeśli podgrzewanie konfliktu na jego nowej granicy będzie kontynuowane, to w ogóle z Krymu może nie zostać nic.

Tymczasem nasza wyprawa szła zaiste gładko i beztrosko. Kombinując z jazdami trolejbusami i marszrutkami, dotarliśmy do wspomnianej już w poprzednim wpisie Bałakławy. Zwiedziliśmy sobie jej część powszechnie znaną i dostępną, a gdy dzień zaczął chylić się ku zachodowi, poznana w ostatniej marszrutce trójka wesołych przyjaciół, na którą znów się natknęliśmy, zaproponowała dziki nocleg w miejscu do którego się udawali, aby następnego dnia wyruszyć na jakąś kajakową przygodę. Niewiele się namyślając, ruszyliśmy wraz z nimi po skałach w górę, aby po drugiej stronie zbocza zejść na pięknie osłoniętą plażę.



Urządziliśmy tam sobie małe obozowisko, w którym przy ognisku do późna w noc w jakimś łamanym polsko-ukraińsko-rosyjskim dialekcie dyskutowaliśmy o tematach mniej lub bardziej ważkich, popijając i zajadając co tam akurat mieliśmy, wliczając w to niestety jakąś przytarganą przez nich konserwę rybną. Niestety, ponieważ zdaje się, że w upale nieco znieświeżała, z czego zdałem sobie sprawę dopiero w środku nocy, gdy mój własny żołądek wytargał mnie z namiotu i kazał czekać ze sobą świtu. W pewnym momencie dołączył do nas nasz nowopoznany znajomy wraz ze swoim żołądkiem. Co ciekawe, chromoniklowany żołądek Cyrusa pozwolił mu spokojnie spać do ranka.

A cóż to był za ranek...






Ranek, kiedy trzeba nam było się rozstać z naszą ekipą. Wymieniliśmy kontakty, i jakież było nasze zdziwienie, gdy przemiły i niemal nadopiekuńczy chłopaczek (jak się okazało, miał ponad trzydziestkę i dziecko czy dwójkę) wręczył nam maila którego by się nie powstydził najzagorzalszy nazista, z jakimś Obersturmbannführerem i SS w adresie.


Tak czy owak, ciepłe wspomnienia pozostały. Także wobec miejsca, na które jeszcze raz obróciliśmy wzrok wspinając się z powrotem na grań...
 


...za którą ukazała się odświeżona porannymi promieniami Bałakława...




... i jej mieszkańcy, z już nie tak świeżymi poglądami politycznymi.




Tego dnia darowaliśmy już sobie marszrutki, tylko jak te carewicze wsiedliśmy w pociąg na nienajbrzydszym dworcu (który po rosyjsku nazywa się o tyle śmiesznie, że ichniejszy Wokzal to bezmyślnie ściągnięta angielska nazwa własna Vauxhall) ...



... minęliśmy Flotę Czarnomorską stacjonującą w już wówczas rosyjskiej bazie w Sewastopolu...

... wykute w zboczu góry jaskinie i monastyry zapowiadające już Skalne Miasta Krymu...





... i stepy, przywodzące na myśl te opiewane przez Wieszcza, akermańskie. Przez chwilę czułem się jak ten podmiot liryczny:


Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu...



Cóż. Jedźmy, nikt nie woła.


W Bakczysaraju orientalne motywy zaczynają się już na dworcu, a kulminują w Pałacu Chanów Tatarskich, malowniczo położonym poniżej formacji skalnych.





Pałac ma sporo ciekawych wnętrz...




... i zewnętrz...










 ... a także galerię zupełnie do siebie nieprzystających obrazów.





Ten ostatni sportretowany pan unieśmiertelnił w poezji pewną pobliską budowlę, będącą według legendy grobem niejakiej Potockiej. Nie mogłem się powstrzymać przez wydeklamowaniem paru okolicznościowych wersów:


W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznemi sady,
Uwiędłaś, młoda różo! bo przeszłości chwile,
Ulatując od ciebie jak złote motyle,
Rzuciły w głębi serca pamiątek owady...


Magia poezji, architektury i ubioru Krymczanek coraz bardziej przenosiła nas w świat Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy...


...wobec czego należało jej ulec całkowicie, najlepiej za pomocą kawy po turecku i baklawy.



Choć rozciągające się ponad Bakczysarajem Skalne Miasta, pełne domów i monastyrów mnichów kusiły nas ku sobie, trzeba nam już było obierać drogę ku ojczystej ziemi. "Jeszcze do was wrócimy", powiedzieliśmy kamiennym budowlom i nagrobkowi z turbanem nieopodal szlaku. I naprawdę mamy taką nadzieję.





Jeszcze tylko nocleg z widokiem na starożytne wzgórza pod osłoną nowożytnych drutów elektrycznych...




... i następnego dnia władowaliśmy się w Symferopolu do wagonu klasy plackartnyj, który wiózł nas bitą, dwudziestoczterogodzinną dobę do Lwowa. Dobre dla buddyjskich mnichów albo ćwiczących swoją cierpliwość przed jazdą koleją transsyberyjską. Niestety, to połączenie nie jest chwilowo obsługiwane dzięki ludziom z nieświeżymi poglądami.


"I'll be back".
Na Krymie i na blogu też.


czwartek, 24 lipca 2014

Hear My Train a Comin'

Well, I wait around the train station 
Waitin' for that train 
Take me away, yeah 
From this lonesome place 

Już nie pada. A ostatni dzień i dwie noce zapowiadały potop.
Może łatwiej by się opuszczało to małe miasteczko, jak mówią, na krańcu świata i bez perspektyw, w strugach deszczu jak wczoraj. A może wcale nie będzie trudniej przy obecnej szarówce, dzięki której nie myślę tyle o kończących się już dla mnie wakacjach (które w sensie wypoczynku w tym roku nawet się nie do końca dla mnie zaczęły) i środku zimy w przeciwległej ćwiartce globu. 


Przeciągałem tą chwilę do końca, gdyż właściwie prosto z Cambridge wpadłem do domu tylko jakby na weekend w środku tygodnia. Czas jednak się zbierać, ostatni dzisiejszy pociąg na zachód (nota bene "Przemyślanin") odjeżdża po obiedzie. Zawiezie mnie tylko do Krakowa, jednak tym razem nie jest to jeden z wielu kursów między tymi moimi miastami. To pierwszy etap dalekiej podróży, która zakończy się w Santiago de Chile.


The tears burnin' 
Tears burnin' me 
Tears burnin' me 
Way down in my heart


Cieszyłem się na nią już długo, gdzieś tam w środku się cieszę i zaraz to pewnie wyjdzie na wierzch, ale im bliżej wyjazdu, tym cięższa dopada mnie nostalgia. Kiedyś miałem więcej złudzeń co do świata, każdy wyjazd był jak nowy początek. Teraz wiem, że to wszystko ta sama historia... a jednak coś sprawia, że ciągle chcę ją poznawać. Kontempluję ostatnie chwile u siebie, a mimo to wiem, że jedna taka chwila za dużo i pewnie znów chciałbym wyjechać jak najdalej. 





Well, you know it's too bad, little girl, 
it's too bad Too bad we have to part


Dom to jednak zawsze miejsce odniesienia, punkt orientacyjny pozwalający określić swoje położenie na tym bezkresnym, bo okrągłym globie. Dzięki niemu wiem, czy jestem "blisko" czy "daleko". "Przemyśl, czyli pępek świata", jak napisał Martin Pollack w "Po Galicji". O ileż bardziej dla mnie, który zostawiam tu na równy rok schorowanych dziadków, zmartwionych rodziców, siostry, przyjaciół i jeszcze kogoś, komu dedykuję to wszystko...




Gonna leave this town, yeah 
Gonna make a whole lotta money 
Gonna be big, yeah 
I'm gonna buy this town 
An' put it all in my shoe 

Wraca jednak młodość i chęć przygody. W końcu prawdziwa awantura, rok, który może zmienić wszystko albo przekonać mnie, że nic zmieniać nie trzeba. Może to ostatnia szansa na taką włóczęgę, a może otwarcie całej ich serii...
Na pewno jednak wrócę bogatszy. O doświadczenia, znajomości, przemyślenia. Może będzie ich na tyle, by przez długi czas je kontemplować w moim centrum świata. A może znów tylko przez chwilę.






Might even give a piece to you 
That's what I'm gonna do

Mży. Czas na pierwszy krok. Ruszamy.



(cytaty za: Jimi Hendrix - Hear My Train a Comin')

środa, 2 kwietnia 2014

Trolejbusem nad morze

Z pięknej Odessy wyruszywszy, docieramy w końcu na Krym...

 Jak już wspominałem, tym razem udało nam się kupić bilety jedynie na "klasę średnią", czyli właściwie drugą z czterech, w wagonie zwanym "kupelnyj" (lub "kupe"). Cóż, mimo ceny, lepiej chyba było doznać awansu klasowego niż deklasacji do wagonu "obszczij". Standard to zdecydowanie wyższy niż w "plackartnym": przedziały jedynie czteroosobowe, a nie ponadpięćdziesięcio- (jako że w plackarcie jest właściwie tylko jeden), do tego przyjemnie wykończone w drewnie i czerwonej imitacji skóry. Stylowe zasłonki, lampki i dywaniki dopełniają wrażenia przytulnego saloniku w przedziale i takiegoż korytarza w korytarzu. Są jednak i minusy: duchota i skromne możliwości integracji ze współpasażerami, a to głównie ze względu na ich mały wybór (my jechaliśmy ze średnio-starszym małżeństwem, niezbyt interaktywnym, a innych podróżnych, jako że byli pozamykani w swoich przedzialikach, nie poznaliśmy). Jeszcze jednym problemem było to, że w paczuszce sypialno-kąpielowej, którą otrzymaliśmy przy odjeździe, Cyrusowi nad ranem brakowało ręczniczka. Jako że nie mogliśmy go nigdzie znaleźć ani nawet dojść do tego, czy w ogóle od początku tam był, po kilku próbach negocjacji mój towarzysz niepocieszony musiał uiścić jego równowartość prowaditielce.



Poza tym obyło się bez przykrych ekscesów i nad ranem dotarliśmy do Symferopola, centralnie położonej stolicy (wówczas) Krymskiej Republiki Autonomicznej. Jej flagi powiewały obok ukraińskich...



... jednak nad placem z najwyższej wieży złowrogo górowała radziecka gwiazda...




...a naprzeciwko, za betonowym Leninem, który siedzi w parku okolonym bulwarem jego imienia, powiewały radzieckie flagi. Swoją drogą, co za poza - rozumiem, że miał się odróżniać od wspaniałych wodzów i cesarzy na koniach, ale żeby miał tak - wieczny i zwycięski jak rewolucja - po wsze czasy być rozwalony na ławeczce?





Symferopol nie ma niestety zbyt wiele do zaoferowania spragnionemu śladów przeszłości podróżnikowi (może poza ruinami Neapolu Scytyjskiego, dawnej stolicy półwyspu, położonej jednak na jego obrzeżach i mocno zniszczonej przy budowie Symferopola w 1795), to ma parę punktów przydatnych turyście. Po pierwsze, wiele miejsc wymiany walut (choć bank, do którego wszedłem w tym celu, pracował w stylu poprzedniej epoki - musiałem odstać pół godziny w kolejce do jedynego czynnego okienka, po czym wyciągnąć paszport i podpisać kilka papierków) i McDonald`sa (i tu już jest to, czego potrzebuje turysta nowej ery - darmowej łazienki i internetu pod każdą szerokością geograficzną). Sprawdziwszy wszystko poszedłem zgarnąć z dworca Cyrusa, który został tam z naszymi tobołkami, a przy okazji zwróciłem uwagę na popiersia zdobiące budynek od wewnątrz. Co za galeria osobistości - pisarze, uczeni, myśliciele, uczeni - bohaterowie Ukrainy lub Rosji... I jak zestawieni - Puszkin koegzystuje z Szewczenką, Tołstoj z Gorkim, Chmielnicki z Suworowem, Marks ma swego Engelsa... I tylko niezrównany Lenin nie dorobił się odpowiednika. A może odrąbano mu Stalina po odwilży w 1956?






Przeskakując z busików do autobusów, a momentami do trolejbusów (linia Symferopol - Jałta jest najdłuższa na świecie - liczy 86 kilometrów - ale jedzie się nią niemiłosiernie długo, za to w niektórych nowszych modelach dość komfortowo i nawet można w nich oglądać filmy na wiszących pod sufitem telewizorkach) dotarliśmy powoli do Ałuszty. Po drodze minęliśmy "gór Padyszacha", jak pisał Mickiewicz w jednym z Sonetów Krymskich, majestatyczny Czatyr-Dah, tatarską "Górę-Namiot". Niestety, niemal z każdego punktu przesłaniały go, nieco mniej majestatyczne, elektryczne trakcje trolejbusów.




Z tego "minaretu świata" musiał być całkiem niezły widok na morze, które rozpościerało się poniżej miasta.



Kawałek za miastem udało nam się dotrzeć tam, gdzie zlewało się z niebem. Tadam!





Powyżej nabrzeża stały gdzieniegdzie romantyczne zamczyska zagubione wśród zieleni, "wysmakowane" posiadłości miejscowej elyty.




Nie mogąc znaleźć ani odpowiedniego hostelu dla takich jak my ubożąt, ani czynnego pola namiotowego (pan pilnowacz bardzo się zdziwił, że tak wcześnie zaczynamy sezon), przemieszczając się od osady do osady dotarliśmy nad Gurzuf, sławny ze swej atmosfery starego tatarskiego miasteczka, ale osławiony ze względu na mnogość wielkich hoteli i zalew nowobogackich wczasowiczów. Mając jednak nadzieję, że ich ubiegliśmy, postanowiliśmy koniecznie w nim przenocować i nie pchać się dalej do Jałty. W tym celu należało przede wszystkim zboczyć z głównej drogi, położonej dość wysoko i w pobliżu gór, i piaszczystą ścieżką zejść do położonej sporo niżej osady nie ociągając się zbytnio, jako że już powoli zapadał zmierzch.




Mimo posiadania mapy wcale nie byliśmy pewni, czy tą stromą dróżką rzeczywiście schodzimy do Gurzufa. Niby miejsce się zgadza, ale jakby wcale nie widać śladów starożytności i urokliwości miasteczka. Że to jednak ono, potwierdziły dwie napotkane dziewczyny z plecakami, które same wychodziły pod górę. Wieczór, klimat, a one nie chciały zostać? Cóż, mimo wszystko postanowiliśmy zaryzykować.



Na początku były koty. Dużo kotów wszelakiej maści i krzyżówek ras, które obsiadły murki, kręciły się wokół śmietników, wchodziły do klatek schodowych bloków. Tak mniej więcej wyglądał nowy Gurzuf - bloki, pojedynczy ludzie kręcący się między nimi, głównie starsze kobiety i dzieci. Beton, dużo betonu - głównie z niego uliczki, murki, schodki, podjazdy i same bloki. Ale i spokój, żadnych wrzeszczących telewizorów czy radia. Jakoś przypominało mi to niektóre polskie blokowiska z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, i nie było to przykre skojarzenie - ot, podwieczorna, leniwa letnia chwila, zaraz przed wołaniem na kolację i dobranockę. Tyle, że tu było więcej kotów.

Po dobrej chwili kluczenia między osiedlami i ciągłym schodzeniem po różnych schodkach na coraz niższe poziomy dotarliśmy w końcu do nabrzeża. Było nowe i proste, w przeciwieństwie do potatarskiej części, która wraz ze swą plątaniną uliczek pięła się po wzgórzu gdzieś w zapadającej ciemności. Postanowiliśmy zostawić ją sobie ewentualnie na jutro, a na razie znaleźć jakiekolwiek miejsce do spania. Mimo, że nie jesteśmy wybredni, a wzdłuż wybrzeża ciągnęło się mnóstwo hoteli i pensjonatów, znalezienie czegoś na nasz gust i kieszeń graniczyło z cudem - większość z nich była wykończona w złocie, posiadała potężne baseny i restauracje oraz pokoje mogące pomieścić całą klasę, a nam chodziło tylko o zmrużenie oka na kilka godzin w pozycji horyzontalnej. Mimo, że panowały w nich pustki (sezon rzeczywiście jeszcze się nie był zaczął), nigdzie nie udało się stargować ceny do jakiegoś wyobrażalnego pułapu. Co więcej, nie udało nam się nawet wynająć skrawka ziemi pod postawienie namiotu, ani oficjalnie w przyhotelowych ogródkach (tam gdzie były), ani za łapówkę w jakichś parkach przy oficjalnych budynkach. Po sprawdzeniu wszystkich opcji doszliśmy do końca nabrzeża, gdzie za ogrodzeniem i furtką rozciągał się ogromny park uzdrowiskowy. Większość pawilonów i stylowych budyneczków wyglądała na nieczynne, ale zagłębiałem się coraz bardziej w ledwie oświetlone aleje. Pośród nocy usłyszałem głosy dwóch mężczyzn. Prawie niewidoczni siedzieli na ławce, obok której tlił się ognik papierosa. Gdy przechodziłem obok, zamilkli. Niemal czułem jak odprowadzali mnie wzrokiem. To pewnie strażnicy, pomyślałem, co zmartwiło mnie o tyle, że już planowałem rozbicie naszego namiotu gdzieś pomiędzy krzewami w najciemniejszym kącie tego parku, tacy jak oni znają go pewnie jednak jak własną kieszeń. Nagle spośród drzew wyłonił się oświetlony blok. Wewnątrz niego, w pokoiku umeblowanym głównie ladą ze sklejki i telewizorem uśmiechnięta dziewczyna prowadziła recepcję tego, jak się okazało, hotelu uzdrowiskowego rodem z ZSRR. Uf, to standard na naszą kieszeń, pomyślałem. Nic bardziej mylnego. Choć recepcjonistka z zakłopotanym uśmiechem spuściła nieco cenę, to nie na tyle, aby nas tam zatrzymać. Wróciłem po Cyrusa, który siedział przy naszych plecakach, i zaczęliśmy się z wolna włóczyć rozważając, co nam jeszcze pozostało.

W niezbyt euforycznych nastrojach trafiliśmy na jakiś skwerek przed blokami, ale jakimiś wyższymi i bardziej współczesnymi niż poprzednie, do tego kolorowymi. Siedziały tam jakieś dziewczyny, może szesnastoletnie, i paliły papierosy. Były bardzo wesołe.
- Cześć, nie wiecie, gdzie by tu można rozbić namiot?
- No jak to gdzie? Na plaży!
- A to jest dozwolone?
- No pewnie!
No tak, na to nie wpadliśmy. Na tym postsowieckim obszarze można w świetle prawa robić to, co w naszym w pełni demokratycznym kraju jest nielegalne.
- Dzięki!
- Ta nie ma za co!

Jako że zwykle im dalej od miasta tym bezpieczniej, jeszcze raz przeszliśmy przez furtkę uzdrowiska i zeszliśmy na całkiem ładnie zagospodarowaną plażę, ograniczoną co prawda z trzech stron betonowymi ściankami, ale z wygodnym drewnianym podestem pod jedną z nich. Na nim to rozłożyliśmy namiot i już zabieraliśmy się do jego umocowywania w miejscu, kiedy od drugiej strony podestu rozległy się miarowe kroki. Zbliżała się ku nam wielka latarka i ognik papierosa.
Kroki zwolniły i zatrzymały się przed nami. Na namiot padł snop światła. Jakiś niski głos wycedził zimno:
- Sz-to e-ta?
Podnieśliśmy wzrok znad linek i śledzi.
- Eta? Eta palatka.
Niby można na plaży się rozbić, ale plaża plaży nierówna. Ta na przykład była niby publiczna, ale prywatna, bo uzdrowiska. Panowie strażnicy wyjaśnili nam, że nie tylko park do niego należy i że powinniśmy przenieść się kawałek wcześniej, na plażę miejską. Nie było to takie trudne, jako że namiot nie był ciężki - wzięliśmy go z Cyrusem za rogi i powędrowaliśmy ze strażnikami z powrotem po podeście, schodkami do góry i betonowym nabrzeżem ku bramie. W drodze nasi konwojenci ucięli sobie z nami już mniej groźną pogawędkę.
- Studzienty?
- Da, studzienty.
- Atkuda?
- Iz Polszy.
Okazało się, że jeden z nich, gdy odbywał służbę jako radziecki żołnierz, stacjonował we Wrocławiu. "Ale ja to dla was bandyta..." - dorzucił.
Chciałem zaprzeczyć, ale nie czułem się do tego upoważniony.

Zaraz za płotem zeszliśmy na już miejską plażę. Nie było podestu, tylko okrągłe kamienie, za to stało jakieś zadaszenie, które w razie czego, jak nie wiedzieć czemu pomyślałem, mogło nas uchronić przed butelkami rzucanymi przez różnych wesołych ludzi. Przywiązaliśmy nasz namiot do jego słupów i koniec końców zachwyceni rezultatem dzisiejszego dnia zabraliśmy się za zasłużony posiłek, złożony głównie z ryb z puszki, pieczywa i różnych innych podróżniczych smakołyków. W zatoce pływało odbicie Gurzufa... Po paru chwilach już zasypiałem, mocno ściskając w śpiworze portfel i aparat.




Obudzi nas słońce wstające nad górą Ayu-Dag.

sobota, 22 marca 2014

Ach, Odessa - Mama!

Żelazną drogą przybywamy ze Lwowa nad Morze Czarne.

Po kilkunastu godzinach turkotania się nocną koleją na południowy wschód "prowaditielka" zbudziła mnie i Cyrusa wręczając nam nasze bilety. Zza zasłonek przybrudzonego okna sączyło się już ostre poranne światło. Szybkie pakowanie, coś na ząb i gdy po chwili nasz wehikuł dotarł do końca torów, naszym oczom ukazał się górujący nad peronami napis serdecznie witający nas w mieście-bohaterze Odessie.



Hasło związane z II Wojną Światową ilustrują portrety radzieckich gierojów we wnętrzu przestronnego, i dzięki swej kopule, dość imponującego dworca.



Po wyjściu z hali na obszerny plac przed dworcem nadszedł czas na ostatnią pogawędkę i pożegnanie w dziwnym polsko-ukraińsko-rosyjskim dialekcie z naszymi towarzyszkami podróży. Dopiero później uderzyło mnie, jak te rozmowy pasowały do klimatu miasta, z którego pochodziły, gdzie nacje i języki przeplatają i uzupełniają się wzajemnie i gdzie mimo to ponoć "jest tylko jedna narodowość - odeska". Jak mówi refren jednej z wielu miejscowych piosenek:

Dla wszystkich taka sama 
Moja Odessa-mama
Przytuli i pozwoli jako tako żyć
Bo zawsze jest jednaka dla króla i żebraka
Choć królem naturalnie znacznie lepiej być!

Po rozstaniu ruszyliśmy ku kolejnym kopułom, utrzymanym już w nieco innym charakterze. "Utrzymane" to właściwie mało powiedziane - niektóre z nich najwyraźniej właśnie pokryto świeżym złotkiem!


W środku cerkwi, dzięki grze świateł na tysięcznych ozdobach, palmom, ciszy, aromatowi i skupieniu modlących się panowała niemal mistyczna atmosfera, dla kontemplacji której przycupnąłem na ławce przy wejściu. Na chwilę poczułem się daleko - i wysoko - od domu.



Kawałek dalej natrafiliśmy na inną świątynię, tym razem sztuki, a wcześniej interesu - odeską Filharmonię, która powstała pierwotnie jako Nowa Giełda. Fasada stanowi imponującą mieszankę motywów włoskich i orientalnych, od bliższego zapoznania się z wnętrzem powstrzymuje jednak, niestety nie tylko gołębie, ochronna siatka.



Od bliższego zapoznania się z resztą repertuaru skutecznie powstrzymuje zaś plakat do sztuki "Diewuszka i Smiert`" ("Śmierć i dziewczyna").


Zachęca zaś do bliższej znajomości niejaki Puszkin, który zmęczony przechadzką na chwilę zatrzymał się na środku chodnika.


Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że zachęca również do odwiedzenia swojego muzeum, które miał za plecami. Okazało się również, że nawiedzają je także miłośnicy poezji nieco współcześniejszej, o czym świadczy pozostawiony przez nich w bramie wpis.


Jeszcze chwila spaceru i docieramy do rozległego deptaka, który oferuje wiele dalszych możliwości.
Także zamiejskich.


Po przeanalizowaniu niektórych, próbując wyprzedzić korzystające z majówki (podobnie jak my) wszechobecne polskie wycieczki kierujemy się ku kolejnemu pomnikowi Puszkina. Poeta zasłużył się miastu m.in. tym, że przebywał w nim na zesłaniu.



Nie wiadomo zaś czym zasłużył się ten słonik z "Welcome to Odessa" na stopach, że zawędrował jeszcze wyżej od wieszcza. Może naraził się słynnym odeskim bandziorom?



Jeszcze rzut oka na starożytności dwustuletniego miasta, odkopane pod przyjemnie ocienionym bulwarem...


... i po zostawieniu naszych tobołków miejscowej dziewuszce w budce informacji turystycznej można w końcu odsapnąć i poudawać posągi na słynnych Schodach Potiomkinowskich.



Są one naprawdę imponujące, co lepiej oddaje jedna z poprzednich nazw, "Gigantyczne Schody". Obecna związana jest ze słynną sceną masakry ludności przez carską armię i toczącego się w dół wózka stworzoną przez Eisensteina do filmu "Pancernik Potiomkin". Inna to "Ryszeliowskie Schody" na cześć pierwszego gubernatora Odessy, utalentowanego (nauczył się nawet polskiego!) księcia Richelieu, którego pomnik wciąż stoi u ich szczytu.

Schody łączą dużo wyżej położone miasto z największym portem kraju. Z jego resztą skomunikowany jest zaś dzięki potężnej magistrali kolejowej.


Po jej przekroczeniu i wstąpieniu na promenadę nagle zmieniamy klimat z carsko-rosyjskiego na sowiecko-"postępowy". Dlaczego?

Po pierwsze, wszystko już było przygotowane na Dzień Zwycięstwa...



...a po wtóre ze względu na przedziwaczne, choć niepozbawione uroku futuryzmy dworca promowego i okolic.




No, niektóre może jednak pozbawione.



Postać żegnająca emigrantów, których przez lata wypłynąć musiało z Odessy sporo, jako jedyna spogląda tu w przeszłość. Bezsprzecznie niepozbawiona uroku.




Po rundce wokół tych rozmaitości zawróciliśmy ku Schodom, które z terminala widać w pełnej okazałości.
Widok kilkuset stopni uświadamia też wysiłek potrzebny do ich pokonania w rosnącym skwarze. Nie skorzystaliśmy jednak z kolejki linowej widocznej po lewej od schodów, dzięki czemu mogliśmy uświadomić sobie, jak retro i vintage są już polaroidy. Nawet w Odessie.



Przy końcu Primorskogo Bułwaru odkryliśmy ciekawą alternatywę dla mostów obwieszonych kłódkami. Czy tych mostów w Odessie brak, czy jednak jakieś są i celowo chroni się je w ten sposób przed zawaleniem?


Kawałek dalej znajduje się pewna zaczarowana dorożka... czy przypadkiem nie z jakiegoś poematu Puszkina? Bo raczej nie Gałczyńskiego...



Minąwszy ciekawe, acz niemieszczące się dobrze w kadrze pałace: naszego rodaka Beliny-Brzozowskiego i Woroncowów wkroczyliśmy w gąszcz uliczek, gdzie motywy, nazwijmy to, awangardowe przenikają się z mitycznymi.






Przejście przez mostek, ze względu na stromiznę zapewne niemożliwe zimą...


... i docieramy do carycy Katarzyny, która wskazuje którędy nad morze. Jak ten Kolumb.


Przekornie kierujemy się w drugą stronę i docieramy do zabytku nieco nowszego, poświęconego Bohaterom Socjalistycznej Pracy. Wieczna chwała!



A jak wygląda teatr w Odessie? Spieszę opowiedzieć. Otóż w mieście Odessie publiczność cierpliwie siedzi przed kurtyną. Siedzi kwadrans, pół godziny, godzinę... W końcu jakiś śmiałek otwiera kurtynę, a z drugiej strony siedzi... druga część sali.

Tak przynajmniej twierdzi Alosza Awdiejew.

Z zewnątrz zaś wygląda to tak:




Nasi aktorzy co prawda tam nie trafili, ale są obecni w przestrzeni reklamowej.Niestety, zapewne bez własnej wiedzy i zgody.




Trafił też do niej Techno-Kozak. Zapewne świadomie, niestety.


Młodsi bracia w wierze, podobnie jak teatromani, też lubią okazałą architekturę. Czuć było, że zbliżamy się do Krymu...



... ale i do Rosji. W jednej z ciekawszych cerkiewek z ikony patrzył na mnie Święty Car Mikołaj II.



Nieopodal zaś chyba stała jego limuzyna.


Spacerujemy dalej. Odessa za każdym rogiem może zaskoczyć jakąś ciekawostką, jak ta pani w ogrodzie położonym jakby w podwórku i jej ochroniarz...



...czy położony niedaleko ulicy Deribasowskiej dom, w którym mieszkał Mickiewicz.
Nie tylko Puszkin zasłużył się więc Odessie swoim w niej byciem na zesłaniu. Dodatkowo nasz Adaś stworzył w niej erotyczne Sonety Odeskie.




Deribasowska bierze swoją nazwę od niejakiego José de Ribasa, hiszpańskiego pierwszego gubernatora miasta, i jest najbardziej odeską ulicą na świecie. Mimo to czasem np. pasaże w jej okolicy pasaże wolałyby być w Milanie (Mediolanie).




Sobór Przemienienia Pańskiego wygląda zaś jak cerkiew, zbór i kościół jednocześnie.


Są jednak i inne, bez takiego roztrojenia jaźni.



Z wyjechaniem z Odessy było trochę przygód. Jako że rano nie było biletów na upatrzony przez nas nocny pociąg, mieliśmy się zgłosić do określonego okienka po południu. Podobnie jak chyba kilkadziesiąt innych osób. Po sforsowaniu tłumu jednak udało się jednak dostać dwie miejscówki, co prawda nie najtańsze, bo w zamykanym przedziale, ale jednak. Teraz pozostało czekać do wieczora. Było więc trochę czasu na posiłek w poleconej nam przez kogoś Puzatej Chacie na szóstym piętrze galerii handlowej Europa, kubeczek kwasu chlebowego z ulicznego beczkowozu, próbę zainstalowania się z bagażami na pustym bazarku, w zaniedbanym przydworcowym parczku, w końcu w wygodnych fotelach w VIP-owskiej poczekalni na samym dworcu, a gdy okazało się, że nasze bilety nie są jednak wystarczająco ważniackie, na niewygodnych ławach w zwykłej poczekalni na piętrze. Zdążyłem zrobić też krótką rundkę po nocnej Odessie i natrafić na ulicę Pirogowską...


...oraz Polską.




Znalazłem także bombardującą wszystkie zmysły disco-fontannę...




... której mógł dorównać tylko przydworcowy Człowiek - Dyskoteka. Ze swoim głosem, sprzętem grającym i laserami  robił coś na kształt furory.



Sam dworzec zaś, odmieniony nocną iluminacją, robił wrażenie magicznego portalu, po przekroczeniu którego znajdziemy się na Krymie.





Mimo to chciało mi się zostać jeszcze trochę w Odessie. Nie mnie jednemu. Taki na przykład Mark Twain, który zwiedził chyba pół świata, napisał: "Przez długi czas czułem się jak w podróży. Dopiero w Odessie poczułem się jak w domu." Żydzi, którzy wyjechali stąd do USA lub Izraela, wręcz chorują na nostalgię za tym miastem, o czym opowiada piękny film "Odessa, Odessa". Po tym jednak, jak kolejny raz natknąłem się na wszechobecnego Techno-Kozaka, tym razem jeszcze z błyskiem w oku i uśmiechu, zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się w pociągu.



Obudzimy się już w Symferopolu, stolicy Krymu.