poniedziałek, 29 października 2018

Dziennik z podróży jak najdalej. Dzień 9.-15., 22-28 X 2018, poniedziałek - niedziela

Najzmyślniej byłoby opuścić ten kontynent, gdzie szaleństwo błąka się, by dostarczać zakładników tym nędznikom. Wstępuję w prawdziwe królestwo dzieci Chama.




Już myślałem, że nie dotrę. By dostać się na jacht, zacumowany w gibraltarskiej Marina Bay, potrzebowałem najpierw złapać autobus do granicy, a te w La Linei nie jeżdżą w niedzielę zbyt często. Następnie utknąłem w punkcie kontroli paszportowej, gdyż kolejna wycieczka została zaskoczona pokręconymi przepisami wizowymi „Skały”, jak llanitos nazywają swoje niby-państewko. Na deser musiałem jeszcze przepuścić kilka startujących samolotów zanim sam mogłem przekroczyć pas lotniska. W efekcie dotarłem na statek przed południem, akurat na czas żeby się zainstalować w kabinie przed przybyciem reszty załogi. Miała się ona jeszcze składać z dwójki przyjaciół ze Szwecji. Ukraińska dziewczyna kapitana, która postanowiła sprawić mu niespodziankę i dołączyć do nas w Gibraltarze, wypadła z rachuby z powodu kradzieży jej pieniędzy i dokumentów w pociągu do Kijowa, niemal w przeddzień wylotu. Zostałem więc ja i Szwedzi - dziewczyna robiąca sobie przerwę w studiach medycznych i jej przyjaciel, wychowany w Australii instruktor nurkowy studiujący fizjoterapię. 

Szyprem naszej łajby o epickiej nazwie „Smocza Pieśń” był pewien nieco staromodny angielski dżentelmen. Nazwijmy go Krzyś. Choć nigdy nie był w wojsku, szkoła życia jaką przeszedł w boarding school ustawiła go prawdopodobnie bardziej niż jakakolwiek armia byłaby w stanie. Krzyś następnie ukończył studia i w wieku dwudziestu trzech lat zaczął pracować we własnym biznesie jako inżynier-projektant, specjalista od instalacji do uzdatniania wody. Był szefem przez całe swoje zawodowe życie, które zakończył przejściem na emeryturę w wieku lat czterdziestu. Pozwoliły mu na to wynalezione przez niego usprawnienia, które następnie wprowadzał do różnych krajów w ramach prowadzonych przez siebie biznesów. W ten sposób spędził m.in. siedem lat w Nigerii; przynajmniej pół roku pobytu w tym państwie chętnie wprowadziłby do brytyjskiego systemu edukacji, takie to było przeżycie. Krzyś był także aktywnym sportowcem, zawodnikiem w sportach motorowych i w regatach jachtowych. Na dokładkę już dwukrotnie opłynął on świat, w tym raz samotnie. Ten zestaw doświadczeń sprawił, że zdecydowałem się zaufać jego wiedzy, nawet jeśli jeszcze nie do końca charakterowi.



Na dobry początek nas zlało. Siedzieliśmy akurat we czwórkę jedząc obiad na tarasie irlandzkiego baru, więc nawet klimat się zgadzał i niezbyt nam to przeszkadzało, ale gorzej z łódką. Nie pozamykaliśmy wszystkiego dokładnie ufając południowej pogodzie, więc kapitan, który zresztą sam tak zarządził, zaliczył pierwszy raz w swej karierze lekkie podtopienie kokpitu i kabin. Uwinęliśmy się z tym raz dwa i wszystko wskazywało na to, że będziemy zgraną załogą. Pod wieczór zaczęły się jednak pierwsze zgrzyty. Krzyś z punktu zaczął nas wdrażać w rutynę pokładowego życia, aby na morzu działać już na odruchach. Każda rzecz ma swoje określone przeznaczenie i miejsce, na które należy ją za każdym razem odkładać. Zużycie wody do mycia siebie lub naczyń liczymy w kroplach. Wszystko należy z góry rozplanować by zaoszczędzić jak najwięcej energii, od tego co należy wyjąć i włożyć na raz do lodówki po kolejność czynności podczas gotowania, O ile te zasady były zrozumiałe i akceptowalne dla moich współzałogantów, to już otwarte i czasem podszyte ironią zwracanie uwagi na te rzeczy niekoniecznie. Kolejną kością niezgody była pokładowa dieta. Krzyś, gość już dobrze po sześćdziesiątce, podobnie jak w przypadku porządku w jego pływającym domu miał swoje przyzwyczajenia, z którymi szwedzka młodzież miała pewne problemy. Mięso, sól, tłuszcze i te sprawy. W związku z opóźnioną przesyłką części dla łodzi wypłynięcie przesunęło się o tydzień, więc przez kolejne dni niby staraliśmy się dojść do jakiegoś konsensusu; tak naprawdę jednak każdy ciągnął trochę w swoją stronę. Nie obyło się bez paru kolejnych ironicznych uwag, a czarę goryczy przepełniło kilka przywiezionych przez kapitana z różnych stron świata dowcipów, które w odbiorze moich przyjaciół z północy były niezbyt poprawne politycznie w stosunku do kobiet czy też innych ras. Cóż, Krzyś na pewno jest nieco frywolny i gorzki w odbiorze świata, ale w ostatecznym rozrachunku wydaje się być porządnym, honorowym facetem. Szwedzi zdecydowali się jednak przeskoczyć na łódkę obok, na której dwaj luzaccy Australijczycy planowali wypłynąć w piątek na Wyspy Kanaryjskie. 

Ci dwaj jako jedni z niewielu w okolicy aktywnie szukali załogi. Zazwyczaj jednak wysiłek poszukiwań spadał na potencjalnych majtków, których o tej porze roku tu nie brakuje. Większość ogłoszeń pochodziła od rodaków, kilku z nich spotkałem osobiście. Jeden przyjechał z Polski na rowerze, żeby popłynąć do Kolumbii i tam pracować na farmach organizacji pozarządowych. Trzech innych dotarło tu autostopem. Był Niemiec, Francuz, a także Brazylijczyk, który przez cztery lata podróżował głównie ze swoimi instrumentami i marionetkami, a teraz wraca do domu. Jedna Niemka, którą poznałem w międzyczasie na spotkaniu „morskich nomadów” w Tarifie, była kolejną cyklistką, która przejechała pół Europy do tego południowego skraju kontynentu. Podobnie zrobiło czterech spotkanych w La Linei chłopaków, którzy podczas swojej wyprawy ze Starogardu Gdańskiego na Gibraltar pokonali dobrze ponad cztery tysiące kilometrów; żeglowanie dalej nie było jednak częścią ich planu. 



Do wyruszenia pozostało kilka dni, które upłynęły na wycieczkach na pocztę po jakieś nowe informacje na temat opóźnionej przesyłki, do supermarketu po zapasy, a także na drobnych naprawach i przygotowaniach na łodzi. Nie brakło jednak okazji do dalszej eksploracji „Skały” czy eskapad do miejscowych pubów, z kapitanem lub bez. Jedną z ciekawszych była ta odbyta z nowymi sąsiadami z brytyjskiego jachtu, który zawinął tuż obok. Jej szyprem był dwudziestosiedmioletni chłopak z częściowo zrekonstruowaną twarzą, jednoręki, beznogi żeglarz i były żołnierz. Był to weekend przed Halloween, więc założył on hak na kikut przedramienia i nawet nie musiał przebierać się bardziej, by być wziętym za pirata. Był z nim jego kumpel z wojskowej rehabilitacji, któremu brakowało tylko jednej nogi, a który przyjechał do Gibraltaru w ramach objazdu Europy kamperem. – Jesteś z Polski, kochamy Polskę! Zachodnia Europa jest już stracona. Wy w Centralnej wiecie jak dawać sobie radę! – mówili. Do chóru piewców mej Ojczyzny rychło dołączyło kilku ich spotkanych w barze znajomych, dorzucając na poparcie swego zachwytów kilka chwalebnych faktów z historii Polski. – Tak, Europa Środkowa to jest to! Orban, Orban, kochamy Orbana! – zakończyli ekstatycznie stwierdzeniem, które wynikać może chyba tylko z szoku pourazowego. Trzeba przyznać jednak, że byli arcyprzyjacielscy i imponująco twardzi. Jeden zamierza jeździć swoim kamperem do oporu, a drugi dotrzeć do Brazylii nawigując według gwiazd, po czym powoli eksplorować wybrzeża obydwu Ameryk przed udaniem się na Pacyfik. Daje sobie na to spokojne dziesięć lat. 



My z Krzysiem przy pierwszej okazji uderzamy na południe, na wybrzeże berberyjskie. Najwyższy to czas, gdyż w dzień zmiany czasu na zimowy na Skałę rzuciły się arktyczne wręcz wiatry. Nawet w słoneczny dzień przyciąga ona chmury, a wówczas ściągnęła chyba cały zimny front z Anglii, który przyniósł tam najniższe temperatury od dekady. Nawet na tym polu Gibraltar ma jakieś związki z Brytanią i chyba jeszcze długo tak pozostanie. Co do mnie, pozostawać tu dłużej nie mam już zamiaru.


Come with me to Barbary
We'll ply there up and down
Not quite exactly
In the service of the Crown
To lay with pretty women
To drink Madeira wine
To hear the rollers thunder
On a shore that isn't mine


niedziela, 28 października 2018

Dziennik z podróży jak najdalej. Dni 3.-8., 16-21 X 2018, wtorek-niedziela


Zielonej pragnę zieleni. Pnie zielone. Wiatr zielony. 

Koń na stromym zboczu gór i okręt na morskiej toni.




Najbliższe dni miałem spędzić u couchsurferki, która zaprosiła mnie do swojej małej oazy. Już drugi raz w czasie tej kilkudniowej podróży zdarzyło się, że choć nie udało mi się u nikogo znaleźć gościny, to gościna w końcu znalazła mnie. Wcześniej też już tak bywało, a zapraszający zawsze są ludźmi w jakiś sposób niecodziennymi. W Monachium wylądowałem u dziewczyny imieniem Bea, żyjącej ideą współczesnego nomadyzmu. Wprowadziła mnie ona w kilka powiązanych z tym ostatnim konceptem kwestii, jak dom otwarty będący bazą dla innych nomadów, „szafki wymiany” czy dumpster diving, czyli wynajdowanie w przysklepowych kontenerach jedzenia, któremu właśnie skończyła się data ważności. Po jednej z eskapad Bei ugotowaliśmy wraz z równolegle u niej nocującym koreańskim kucharzem prawdziwą ucztę bazując na takich właśnie zdobyczach. Z braku innego sposobu odwiedzin włamaliśmy się też we dwójkę do Wschodnio-Zachodniego Kościoła Pokoju, zbudowanego swego czasu przez rosyjskiego mistyka Timofeja. Ta ukryta w jednym z parków Monachium perełka o sklepieniu pokrytym sreberkami od czekolady warta była popełnienia takiej zbrodni.


Tym razem moja gospodyni z couchsurfingu nie była miejscowa. Nazwijmy ją Kasia. W wieku dwudziestu kilku lat Kasia wystartowała z Anglii w swoją wielką podróż. Przejechała Islandię, Grenlandię, część Ameryki Północnej, po czym dotarła na Bahamy. Tam poczuła się na tyle fatalnie, że nie była w stanie kontynuować jazdy. Resztkami sił zorganizowała swój powrót do kraju, aby tam poddać się leczeniu na zdiagnozowaną u niej chorobę Leśniowskiego-Crohna. Teraz, po dziewięciu latach zmagań, dwóch nieskutecznych, a wręcz szkodliwych terapiach oraz zabiegu usunięcia sporego odcinka jelita Kasia zdecydowała się podjąć ryzyko związane z odstawieniem przepisanych środków i leczyć się głównie specyficzną dietą, medytacją oraz potężnymi ilościami zioła. Jej dość niezwykle położone schronienie też ponoć działa dobroczynnie. Choć ta dziewczyna wygląda, jakby miała niedługo zniknąć, mimo okresowych spadków formy pnie się ona wytrwale do góry na swojej drodze do uleczenia.


Dbanie o zdrowie może być zajęciem na cały etat, a odzyskiwanie go nawet na dwa. Przez te kilka dni u Kasi starałem się ją nieco odciążyć przy pracach domowych i zakupach, ale większość wysiłku i tak spadło na nią samą. Tylko ona mogła odpowiednio przygotować swoje posiłki, opierające się głównie na zupach i już wkrótce produktach fermentowanych. Choć Kasia była kiedyś zadeklarowaną weganką, dziś je przede wszystkim zwierzęta, ale tylko te hodowane etycznie. Do tego spożywa z nich dosłownie wszystko, co tylko się do tego nadaje. To według niej jedyna moralna droga do psychofizycznego dobrostanu.


Choć Kasia podporządkowuje obecnie wszystko swej misji nakierowanej na wyzdrowienie, nie znaczy to, że poza tym nie ma życia. Stara się ona udzielać jako wolontariuszka dbająca o drzewa w miejscowym parku, a także spotykać z sąsiadami czy mieszkającymi w La Linei innymi Brytyjczykami. Pewnego popołudnia, gdy akurat przygotowywałem obiad, dwoje z nich złożyło Kasi wizytę. Była to dość malownicza para - kobieta z ogromnymi kolczykami a'la emotikony z WhatsAppa i jej partner, pokryty na większości odkrytej powierzchni skóry tatuażami we wszystkich kolorach tęczy. Dzieła dopełniały sięgające pleców, farbowane na platynowy blond włosy i długie, karminowe paznokcie u rąk i nóg. Zostałem zaproszony przez tę trójkę do ich ożywionej i obfitującej w szczegóły konwersacji o poliamorii i miłości grupowej, byłem jednak zbyt zajęty swym posiłkiem, by się wypowiedzieć. 

Przez te dni codziennie odbywałem półgodzinny spacer wzdłuż plaży do granicy z Gibraltarem, po której obydwu stronach znajduje się kilka marin jachtowych. Czas wypełniało mi czatowanie na przechodzących „jachciarzy”, którzy mogliby mnie wpuścić za bramki kei, pogaduchy z załogami, przesiadywanie żeglarskich barach i rozklejanie ogłoszeń w strategicznych miejscach. W tym ostatnim miałem już trochę doświadczenia po Maladze - tam w rejonie portu nie było ani skrawka nadającego się do tego miejsca. Wówczas w przypływie geniuszu powiesiłem mój plakacik przy wyjściu z obydwu tamtejszych łazienek - przecież nawet żeglarze muszą tam czasem zbłądzić, czyż nie? Mój geniusz nie przewidział jednak strażnika na Segwayu, który zapewne wysłany przez wszystkowidzącego Zordona nawiedził te miejsca zaraz po mnie i natychmiast zniweczył moje dzieło. Tym razem upewniłem się dobrze, że moje ogłoszenie powisi trochę dłużej. Kapitana, z którego planami moje zgadzały się najlepiej, poznałem jednak w sposób charakterystyczny dla ducha czasów - przez Internet. Po dwóch spotkaniach byłem już zdecydowany przenieść się na jego łajbę w niedzielę, by z początkiem następnego tygodnia wyruszyć na południe.


Żegnając się z Kasią życzyliśmy sobie szczęśliwych podróży, gdyż zamierza ona podjąć przerwaną wyprawę, gdyż tylko symptomy jej choroby nieco ustąpią. Na razie nie jest w stanie nawet polecieć do domu, by odwiedzić rodzinę. Jej uziemienie przypomniało mi też o znajomym, który planował podobną do mojej ekspedycję. Niemal w przeddzień wyjazdu jego problemy ze stawami pogorszyły się na tyle, że nie byłby w stanie nawet nosić plecaka. Nie poddaje się on jednak i zamiast auto- i jachtostopem planuje wybrać się gdzieś daleko motocyklem lub rowerem. Przykład i hart ducha tej dwójki i jeszcze kilku innych twardzieli bardzo pomaga mi rozwiewać okazjonalne wątpliwości, czy podołam trudnościom wyprawy i czy nie powinienem jej przypadkiem odłożyć na później.

A Ty niby dlaczego wciąż nie możesz się wybrać w wymarzoną podróż?



sobota, 20 października 2018

Dziennik z podróży jak najdalej. Dzień 2, 15 X 2018, poniedziałek

Carry me Caravan take me away
Take me to Portugal, take me to Spain
Andalucía with fields full of grain
I have to see you again and again



Poranek nie przyniósł już takiej euforii jak poprzedni. Zastąpiło ją skupienie na zadaniu, na misji, na pracy do wykonania. To było mi bardziej potrzebne u progu tej podróży.

Śniadanie, pakowanie. Odwieczny rytuał wyjeżdżających. Nie zrywałem się zbyt wcześnie i nie śpieszyłem zbytnio z wyjazdem, gadając jeszcze z Kristophem do południa. Tematów nie brakowało. Ten pochodzący z Belgii pół-Francuz, pół-Holender (i nie pół-Walon, pół-Flamand) zjechał pół świata, wybierając raczej tę dziwniejszą połowę. Żyje ratując od wyrzucenia i zniszczenia co się da, od ubrań przez meble po domy. Napisał też książkę o erotyzmie i wierności, kwestionując tradycyjne postrzeganie tej ostatniej. Najprościej streścić przesłanie dzieła w pochodzącym 
z niego zdaniu, z którego autor jest w jakiś sposób dumny: 
„Czyż miłość Słońca i Księżyca powinna zaćmić całą Drogę Mleczną?”

Jeszcze raz dreptanie przez centrum Malagi. I jeszcze raz, bo oczywiście musiałem się po coś wrócić. Gdy w końcu mnie ta metropolia raczyła wypuścić ze swych objęć, pognałem autobusem ku Gibraltarowi. Miałem ochotę jeszcze zaliczyć przejażdżkę autostopem, jako że oryginalny plan zakładał dotarcie tu w ten sposób z domu, ale skoro tak się w końcu nie stało, to już nie ma co udawać. Cała Europa to w końcu mój dom, busy są w Hiszpanii tanie, a stopa w Andaluzji zaliczyłem jeszcze przed wyprawą z grupą. Do tego reszta podróży poza Starym Kontynentem ma się opierać przede wszystkim na stopie, choć niecodziennego typu. 




Gibraltar to głównie niebosiężna skała, jeden z dwóch słupów Herkulesa. Słup ten obrośnięty jest z jednej strony niezbyt ciekawymi zabudowaniami stworzonymi 
w dużej mierze na wydartych morzu skrawkach lądu. Muszą się tam pomieścić spore biurowce i mieszkania dla około trzydziestu tysięcy llanitos, jak nazywają siebie mieszkańcy tego malutkiego quasi-państwa. Pomiędzy miasteczkiem a hiszpańską granicą upchnięto jeszcze lotnisko, przez które stale przelewa się potężny ruch kołowo-pieszy. Jeśli nie musisz, raczej nie chcesz tam przebywać zbyt długo.

Zaraz za granicą wyrasta La Línea de la Concepción, dwa razy ludniejsze niż Gibraltar hiszpańskie miasto. Jest ono w dużej mierze zapleczem siły roboczej dla bogatszego sąsiada, dostarczając mu około dziesięciu tysięcy pracowników przekraczających codziennie punkt kontrolny. Wykonują oni zazwyczaj najgorzej płatne prace, co i tak jest niezłą alternatywą dla jeszcze gorszych zajęć w ich kraju lub bezrobocia w ogóle. 


Hiszpańskim pracownikom w Gibraltarze

Na północnym wschodzie La Línea usadowiła się dzielnica La Atunara. Dzielnicą właściwie jest to miejsce od stosunkowo niedawna. Wcześniej była to rybacka osada Fenicjan, Rzymian, Wandalów, Maurów, a obecnie Hiszpanów, czy ściślej rzecz biorąc, Andaluzyjczyków. Przynależność państwowa La Atunary się zmieniała, ale ludność już niekoniecznie. Fizjonomie wielu jej mieszkańców, których rodziny były tu "od zawsze", przywodzą na myśl zamierzchłe czasy. Miejscowi, których ziomkowie z innych dzielnic pieszczotliwie nazywają "Wszawymi", zwykli zajmować się przede wszystkim połowami tuńczyka na stary mauryjski sposób - stąd też pochodzi nazwa tego miejsca. Gdy 
w latach dziewięćdziesiątych to zajęcie przestało być opłacalne, dawni rybacy zaczęli używać swoich łódek w inny sposób - co jakiś czas pływając nimi po kilka razy na noc do nieodległego Maroka, skąd wracają z ładunkami haszyszu. 

W sercu La Atunary, na zakręcie nadmorskiej drogi przy starym kościele znalazłem swoje schronienie na najbliższe dni. Właściwie to podobnie jak w Maladze znalazło ono mnie - zostałem zaproszony przez pewną couchsurferkę do jej mieszkania z widokiem na plażę, kościółek i Skałę Gibraltaru. To od niej dowiedziałem się o stosunkach panujących w tej dzielnicy, dawniej rządzonej przez gangi, a obecnie przez "ważnych 
i szanowanych ludzi". Od jednego z nich udało się mojej gospodyni wynająć niemalże przypadkiem jej wspaniałą kryjówkę. Choć jest Angielką, respekt sąsiadów dla jej "patrona" natychmiast spłynął na nią samą.





Późnym wieczorem, gdy chwilowo ustąpił ulewny deszcz, wyszedłem z mieszkania wynieść śmieci. Gdy zrobiłem krok poza metalową bramę przed drzwiami wejściowymi, zostałem niemalże staranowany przez kilku mężczyzn i chłopca biegnących przez wąską uliczkę z motorowym pontonem na barkach. Przecięli oni jezdnię, plażę i rozpłynęli się w ciemnościach nocy i morza. Na każdym rogu postaci 
z krótkofalówkami przekazywały sobie krótkie zdania. 

Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś... 



Trade winds find Galleons lost in the sea
I know where treasure is waiting for me
Silver and gold in the mountains of Spain
I have to see you again and again



piątek, 19 października 2018

Dziennik z podróży jak najdalej. Dzień 1, 14 X 2018, niedziela

Dzień pachnie jak początek





Euforyczne przebudzenie.

Nowy dzień, nowy tydzień, nowa przygoda. Wstałem o dziesięć lat młodszy, czując się jak nastolatek, przed którym świat stoi otworem; i nawet nie zastanawiałem się, którym.

Właściwie to często czuję się jak nastolatek. "Mężczyzna nigdy nie ma więcej niż czternaście lat", mawiała jedna z bohaterek reportażu Swietłany Aleksijewicz. Cóż... nie będę się kłócił zbyt zaciekle. W końcu sam rzucam się właśnie w wir przygody, 
o której marzyłem od dzieciństwa.

Po śniadaniu od razu zabrałem się do pracy - obiecałem Kristophowi, że przyłożę rękę do wykańczania domu. Trzeba było odczyścić i nawoskować szczytową część wygrzebanej skądś komody, a także odskrobać z gipsu dużą mosiężną lampę 
w kształcie korony. Lampa oczywiście tej samej proweniencji. Łatwa robota szybko idzie, jak mówi szkockie przysłowie, a ja dodam, że daje też sporą satysfakcję. Oto zrobiłem coś, co nie jest bez sensu i będzie mieć trwały efekt. Polecam wszystkim nihilistom.

Na pożyczonym od Kristopha rowerze, pewnie też odzyskanym gdzieś ze śmietnika, dotelepałem się jakoś do małej jachtowej mariny kilka kilometrów od centrum Malagi. Dzień był wyborny, niedziela, wobec czego trzeba było lawirować między tłumami spacerowiczów. Do tego większość tłumku zaludniającego portową tawernę stanowili lokalni, niedzielni żeglarze; lub nawet osoby spoza tego światka, przybywające tu chłonąć atmosferę. A było co chłonąć.



Jachtów z daleka jak na lekarstwo, a takich szukałem. Upewniwszy się więc tylko, że powieszone przeze mnie tydzień wcześniej ogłoszenie o wolnym załogancie nadal wisi, potelepałem się z powrotem w stronę miasta.

Poranki, zwłaszcza takie jak ten, zwykle dają kopa, ale im wyżej się wyleci, tym bardziej się spada. Koniec końców niedzielne popołudnia nigdy nie należały do najszczęśliwszych chwil całego tygodnia. Najlepszy antydepresant, jakim jest jedzenie, pomogło na chwilę, ale wraz z zapadającym słońcem i znikającym ciepłem coraz bardziej powiększało się pole działania dla demonów wątpliwości. Po co to, po co tak daleko i na tak długo? Czy naprawdę chcę tego dla siebie 
i własnej satysfakcji, czy żeby udowodnić coś sobie i innym? Czy bardziej potrzebuję jechać dokądś, czy wyjechać skądś?

Wyjście do muzeów i spacer po starych zamkach wznoszących się nad miastem pozwoliły nieco przydeptać łby poczwarom. Chodzenie, mawiał ojciec medycyny, jest dla człowieka najlepszym lekarstwem.

Jeszcze jedna kolacja na dachu, z którego prawie zwiał nas zrywający się od morza wiatr, i już nawigowałem ku nowym snom, mając nadzieję na ukojenie podobne do tego z ostatniej nocy. Choć może spływa ono tylko po pierwszym od długiego czasu wypoczęciu; może tylko po dobrej nocy następującej po nocy zarwanej. Może była to po prostu początkowa ekscytacja podróżą.

A może jednak nie.


Nowego słońca blask wypali nam powieki 
Zobaczymy świat nagi, nagusieńki 






wtorek, 16 października 2018

Dziennik z podróży jak najdalej. Dzień 0, 13 X 2018, sobota

Coś się kończy, coś się zaczyna







"Trzeba się obudzić", pomyślałem.

Była prawie dziesiąta, co nie znaczy, że spałem długo. Położyłem się jakoś przed siódmą, po odwiezieniu grupy na lotnisko. Wcześniej też było co robić, gdyż pożegnalny wieczorek gładko przeszedł w nocne rozmowy o życiu w kameralnym gronie. 
  
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. "Nieważne o której wstaję" - powiedział ktoś - -"budzę się zawsze koło południa".
  
Śniadanie, pakowanie i dłuższa chwila w lobby z pozostałą do ogarnięcia papierologią. Dziś jest Dzień Zero - zaraz ruszam w moją wielką podróż, ale właściwie jestem jeszcze trochę w pracy. Dzień Zero także dlatego, że jakoś ładniej będzie zgrać Dzień Pierwszy z początkiem tygodnia.




Jeszcze nostalgiczna wędrówka po centrum Malagi i już jestem w innym świecie, 
w starym domu powoli odzyskiwanym przez Kristophe'a. Rozpadająca się stara willa, jedna z wielu jaką swego czasu w okolicy zbudowali bogacze dla swoich kochanek, jest od kilku lat własnym sumptem remontowana i wypełniana meblami odratowanymi spod śmietników przez tego couchsurfera. Kristophe wraz ze swoim partnerem chcą stworzyć w niej dom otwarty dla różnej maści wolontariuszy, joginów, podróżników 
i innej maści pozytywnie zakręconych. Na razie miałem prawie całą tę oazę dla siebie, włącznie z dachowym tarasem na którym zjedliśmy przepysznie prostą kolację 
z widokiem na zamek Gibralfaro. Chwilę później, otulony dochodzącym przez drzwi balkonowe mojego pokoju aromatem nieodległego morza i porastającego barierki jaśminu, zapadłem w sen jak kamień w czarną otchłań oceanu.


Une immense espérance a traversé la terre
Une immense espérance a traversé ma peur